Niedziela na OFF Festivalu 2013

Sierpień 8, 2013

Postanowiłem napisać subiektywną i dosyć wybiórczą relację z ostatniego dnia tegorocznego OFF’a w Katowicach. Bilet miałem tylko na niedzielę (4.08). Byłem na sporej ilości koncertów ale opiszę tylko kilka…

Pierwszy z wykonawców, których zobaczyłem to Peter J. Birch. Artysta zagrał na Scenie Trojki z zespołem „The River Boat Band” piosenki w stylu rasowego amerykańskiego country. Myślę ze nie kupiłbym płyty Piotra Brzezińskiego (bo tak na prawdę nazywa się ten wokalista i gitarzysta z Wołowa na Dolnym Śląsku) ale zawsze miło posłuchać żywych dźwięków. Posłuchałem więc spod samej sceny kilku piosenek, po czym uznałem że mam dość, że już wszystko o tym wiem i poszedłem sobie gdzieś indziej. Nie mam nic przeciwko country w wykonaniu Polaków, czy country w ogóle, jednak chciałoby się żeby te kompozycje zawierały w sobie coś odważniejszego, odbiegającego od kanonów stylu. Niemniej jednak zespół był świetnie zgrany i brzmiał wyjątkowo dobrze, od głębokiego głosu lidera, hawajskiej gitary slide do sekcji rytmicznej. Koncert należał raczej do stonowanych i spokojnych. Bez większych emocji.

Jednym z zespołów, które chciałem zobaczyć najbardziej było Gówno. Nie znalem ich wcześniej jakoś szczególnie dobrze. Przed tegorocznym Offem słyszałem może ze trzy piosenki. Widziałem na żywo tylko raz, gdzieś na początku ich działalności, ale to była jakaś impreza a nie prawdziwy koncert, wiec nie do końca bylem skupiony na tym co dzieje się na zaimprowizowanej scenie. W offowym Gównie najlepsze było to, ze myślałem że idę na koncert zespołu pastiszowego, a muzyka grupy będzie inteligenckim żartem w stylistyce prymitywnego punk-rocka. Co do stylu grania nie myliłem się, ale dosyć zaskoczony byłem faktem, ze zespól zagrał set piosenek totalnie zaangażowanych i NA SERIO, ujmujących szczerością i prostotą przekazu. Teksty, bardzo inteligentne i nieskomplikowane – trafnie komentowały rzeczywistość. Były ze dwa potknięcia, ale przecież to zespól punkowy nie? Bardzo udany występ.

Japandroids, którzy zebrali pod sceną sporo ludzi zagrali bardzo fajnie, czego się zresztą spodziewałem. Hałasu robią we dwójkę jak kilku gości z gitarami – na plus. To był surowy występ pełen pasji i energii, czyli tego co powinna zawierać rockowa muzyka, tworzona skromnymi środkami.

Liczyłem również na koncert Super Girl & Romantic Boys. Zespół grał obciachowego, plastikowego elektro-disco-casio-rocka, zanim była moda na kicz. Występem na OFF’ie częściowo się zawiodłem, ale nie było źle. Wokalistka stojąca na środku sprawiała wrażenie trochę zakłopotanej i spiętej przez cały czas trwania koncertu. Być może to efekt długiej przerwy od grania na żywo. Ciężko było też zrozumieć teksty, może poza refrenami z powtarzanymi słowami. Nie wiem czy to wina nagłośnienia – może oni po prostu tak śpiewają. Sam koncert jako całość był dla mnie trochę zbyt statyczny, ale i tak było warto stać pod sceną.

Nocny już koncert szwedzkiego Goat na Scenie Leśnej obejrzałem z ogromnym zaciekawieniem. Niesamowita fuzja hendriksowskich gitar, zapętlonych basowych riffów, etnicznych przeszkadzajek i scenicznego szamanizmu. Totalny trans. Do tego „nieskoordynowany”, szalony taniec dwóch frontmanek. Zwykle nie jestem fanem zespołów, które na scenie noszą maski i tego typu bzdety oraz tak mocno stawiają na wizualny aspekt swojego show. Razi mnie, gdy tego typu dodatki nie współgrają z jakością muzyki – podczas koncertu Goat działały fantastycznie, a to dlatego że same dźwięki były najwyższych lotów. Występ był pod każdym względem wyjątkowy i było w nim coś pierwotnego, magicznego. Fantastyczne, masywne brzmienie i niesamowite, wysokie głosy wokalistek. Opisać się tego nie da, więc doświadczcie sami gdy znów nadarzy się okazja! Jeśli etno-trans-hendrix brzmi nieprzekonująco, to sprawdźcie Goat. Przestanie…

O Open Mike’u w Krakowie słów kilka

Marzec 23, 2013

Od dłuższego czasu prowadzę w Krakowie – w trzecią niedzielę każdego miesiąca – w miejscu zwanym Cafe Szafe (na rogu ulic Felicjanek i Małej) imprezę zwaną „Open Mike”, czyli po polsku otwartą scenę muzyczną. Postanowiłem napisać o tym parę słów tutaj. Od paru miesięcy na blogu nie działo się nic, a właśnie dziś poczułem chęć by to zmienić. Temat pojawił się spontanicznie, bo już jutro marcowa edycja Open Mike’a (tym razem wyjątkowo w czwartą niedzielę).

Konwencja imprezy jest bardzo prosta i skuteczna – każdy z chętnych wykonawców przygotowuje trzy utwory i zgłasza się podczas trwania wydarzenia. Można występować solo, w duecie, jako cały zespół. Styl nie ma znaczenia, tak samo jak poziom wykonawczy czy artystyczny. To wolna przestrzeń dla wszystkich: młodych i starych, odkrywczych i wtórnych, dobrych i słabych, modnych i niemodnych. Nikt tego głośno nie ocenia i nie jest to żaden konkurs. Knajpa zapewnia nagłośnienie, mikrofony i scenę, a pierwszych pięciu śmiałków dostaje kupon na darmowe piwo w barze. Na miejscu jest też do dyspozycji najpopularniejszy instrument świata – gitara. Nic odkrywczego, bo imprez tego typu jest na świecie pewnie z milion.

Chętnych jednak przybywa, a poziom imprezy – mam takie wrażenie – ciągle się podnosi.

Historia Open Mike’a w Cafe Szafe trwa już kilka lat. Zaczęło się od Scotii Gilroy, która zorganizowała tam pierwsze tego typu spotkanie – zapewne na wzór takich, które widziała w swoim kraju – Kanadzie. Gdzieś w międzyczasie impreza przeniosła się w inne miejsce w Krakowie i zmienił się prowadzący. Ja postanowiłem reaktywować ją w pierwotnej lokalizacji, około dwa lata temu. Ten drugi Open Mic prowadzi obecnie Philip Soanes, Irlandczyk mieszkający w Krakowie (wokalista i gitarzysta lokalnych zespołów Frank’s Hard Drive i See-Saw). Odbywa się on w przytulnych wnętrzach Kładka Cafe na ulicy Mostowej po drugiej stronie starego Krakowa. Jakiś czas temu dogadaliśmy się z Philipem tak, że on prowadzi swoje wydarzenie w pierwszą niedzielę każdego miesiąca, a ja w trzecią. Dzięki temu wykonawcy mogą przyjść w oba miejsca, a między wydarzeniami pozostają dwa tygodnie przerwy na złapanie oddechu.

Można by pewnie, z odrobiną złej woli powiedzieć, że Open Mike w Cafe Szafe to „towarzystwo wzajemnej adoracji”. Na szczęście (choć stałych bywalców znających się nawzajem jest mnóstwo) nie jest to prawda. Ciągle pojawiają się nowi ludzie, co bardzo mnie cieszy. Sam staram się wprowadzać atmosferę otwartości, aby nowi nie czuli się zdominowani przez tych już na stałe zadomowionych. Co jeszcze? Dla mnie najciekawsze są momenty, gdy pojawiają się instrumenty czy style rzadziej spotykane. Najczęściej – co nie dziwi – widać tu i słychać wykonania typu singer-songwriter z gitarą akustyczną. Pamiętam gdy przy okazji pierwszego Open Mike’a, który prowadziłem udało mi się namówić Szwedów z grupy Osquar Mutter, na przyjście i zagranie kilku numerów. Wtedy był szał, kontrabas, saksofony, puzon…

Ciągle przychodzą też ludzie, którzy jakby się wydawało, etap muzykowania „pokątnego” i „amatorskiego”, mają już za sobą. Mimo to, jednak coś ich tu przyciąga. Dobrym przykładem jest pojawiający się regularnie Holender, Edwin Moes, który ze swoją grupą Teddy Jr. doszedł jakiś czas temu aż do półfinału komercyjnego programu „Must Be The Music” w telewizji. Widziałem tu wiele osób traktujących muzykę hobbystycznie i „po godzinach” jak i takich, co wybrali, bądź chcą wybrać w życiu tę trudną i niewdzięczną, ale jakże pociągającą drogę…

Na Open Mike’u dominuje atmosfera pewnego bałaganu i niedoskonałości. Ludzie czasem mylą się, zapominają tekstów piosenek. Czasem przychodzą ludzie bardzo młodzi i jeszcze „nieoszlifowani”. To wszystko jest wpisane w klimat imprezy, ale myliłby się ten, kto pochopnie stwierdziłby, że Open Mike to miejsce tylko dla początkujących. Przez te kilkanaście edycji, które prowadziłem, słyszałem wielu wykonawców o doskonałym warsztacie i obyciu scenicznym. Pojawia się też sporo obcokrajowców, na stałe zamieszkujących w Krakowie, jak i tych będących w drodze. Z tego powodu staram się imprezę prowadzić dwujęzycznie, aby wszyscy wszystko rozumieli.

Podsumowując – jeśli szukasz miejsca, gdzie możesz w niezobowiązującej atmosferze wystąpić na scenie, Open Mike to doskonała przestrzeń dla ciebie. Trzecia niedziela każdego miesiąca, godz. 19:30, Cafe Szafe na rogu ulic Małej i Felicjanek w Krakowie.

paru ulubionych wokalistów „niepotrafiących śpiewać”

Sierpień 10, 2012

Ponieważ wśród artystów, których cenię pojawiają się tacy, którzy nie są szczególnie obdarzeni warunkami do śpiewania (a mimo to robią to i osiągnęli sukces), postanowiłem stworzyć listę kilku ulubionych w tej kategorii. Niektórzy z nich czasem nie trafiają w nuty, w które chcą trafić. Niektórzy mają „brzydki” głos bądź też nie potrafią utrzymać długiej nuty bez zmiany wysokości dźwięku. Mają ogromną wyobraźnię muzyczną, sięgającą 48 oktaw, ale możliwości w zakresie ledwie dwóch. Pewnie nigdy nie pobierali lekcji śpiewu, co poskutkowało „ściśniętą” barwą. Mimo wszystko są cenionymi artystami, a ich sposób wokalnej ekspresji stał się ich znakiem firmowym.
Wspomnę jeszcze, ze widziałem już w internecie wiele list tego typu, ale w związku z tym że tematyka jest mi szczególnie bliska i miła, postanowiłem dorzucić swoje parę groszy, z przykładami. Lecimy:

Lou Reed
Sam przyznaje się do tego, że nie potrafi śpiewać. Jego maniera polega raczej na mówieniu, niż śpiewaniu. Męczy się i dusi. Na dodatek, jest dosyć kiepskim i „szorstkim” gitarzystą. Co z tego, skoro muzyka, którą pisze i wykonuje jest genialna i ceniona?

Shane MacGowan
Zobaczcie jeden z moich ulubionych klipów pokazujących Shane’a w akcji, z zespołem The Pogues. Te dłuższe dźwięki, jak szorstkie i niestabilne. Jak niestrojące. Na dodatek jest pijakiem i straceńcem. Ale jest dusza, czyż nie? W temacie „dirty old town” moim zdaniem lepiej nie można zaśpiewać.

Iggy Pop
Punkowy etos. Co więcej można powiedzieć? Niestabilne dźwięki, pokrzykiwania. Klasyk. Jego sposób trzymania mikrofonu podczas wykonywania piosenek również nie należy do akademickich. Na dodatek, pewnie pod wpływem narkotyków na początku klipu chyba zapomina tekstu swojego największego przeboju, wydłużając wstęp utworu The Passenger:

Nick Cave
Akurat sam głos Cave’a nie należy do moich ulubionych (w przeciwieństwie do barw głosu trzech powyższych wykonawców, których „ułomny” śpiew po prostu uwielbiam), ale szalenie cenię inne aspekty jego twórczości. Nickowi zdarza się być „out of tune”, i to nierzadko. I co z tego? Nic.

Robert Gawliński
No i akcent polski. Lider Wilków pięknie nie wszedł tu w tonację. Dwa razy. Ale za to jaka ładna piosenka i tekst, z którym się utożsamiam (piszę to na serio):

Trzy „Gymnopédie” Erika Satie

Sierpień 25, 2011

Francuski kompozytor i pianista modernistyczny, prekursor minimalizmu Erik Satie (1866 – 1925) stworzył między innymi trzy kompozycje, które nazwał Gymnopédie. Ponumerował je kolejno 1, 2, oraz 3. Są to miniatury fortepianowe, które miały wpisywać się w filozofię autora zwaną musique d’ameublement, mającej dostarczać muzyki służącej jako tło do czynności życia codzienniego. Musique d’ameublement miała być jeszcze jednym „meblem”, który buduje nastrój lecz nie rozprasza.
Wszystkie trzy utwory są napisane w metrum 3/4, wykonywane w powolnym tempie i krótkie (od 2,5 do 3,5 minuty). Gymnopédie są niezwykle melancholijne i łagodne, chociaż zawierają sporo dysonansów. Opierają się na powtarzanych kilku zaledwie akordach granych w lewej ręce i skromnej melodii. Wszystkie Gymnopédie zawierają wspólny temat, lecz w dosyć mocno różniących się od siebie wariacjach i odcieniach. „Trójka” na przykład, jest jaśniejsza i pogodniejsza od „jedynki”.

Jeśli mam być szczery, to dla mnie twórczość Erika Satie jest przeciwieństwem muzyki tła, wbrew jego własnej koncepcji. Osobiście uważam, że jest to przykład bardzo kontemplacyjnych dźwięków, idealnych na przykład do zasypiania.

Orkiestrowe wersje Gymnopédie zaarananżował inny modernista francuski, Claude Debussy (1862 – 1919), trochę po to, aby pomóc koledze w biedzie i zwrócić uwagę na jego talent.

Kodeks włóczęgów

Sierpień 25, 2011

Postanowiłem napisać o nieznanym, poza nieliczną garstką słuchaczy, zespole z Krakowa. Grupa nazywa się Hobo Codes i w czerwcu 2011, po chyba kilku zaledwie miesiącach działalności, wydała pierwszą płytę, zatytułowaną po prostu „Hobo Codes”. A napisać postanowiłem dlatego, że uważam materiał stworzony przez trio za wielkie odkrycie. Ożywcze nie tylko w Krakowie czy w Polsce. Moim zdaniem zespół ma szansę na światowy sukces, jeśli tylko się postara i będzie w to wierzyć. Muzyka bowiem, którą tworzy jest oryginalna i absolutnie najwyższych lotów. Wiele razy przesłuchałem płyty a także dwukrotnie miałem okazję słuchać zespołu na koncertach w małych, kanciapowych krakowskich klubach, gdzie stoi się dwa metry od muzyków.
Zespół z Krakowa ale…tworzą go sami obcokrajowcy. Przybysze bez muzycznych kompleksów, potrzeby naśladownictwa i bycia fajnymi na siłę. Oni są naturalnie fajni i oryginalni i nie muszą nikomu niczego udowadniać. Proszę Państwa, ta muzyka płynie, ta muzyka jest prawdziwa i cudowna. Zespół tworzą: Alex Rainer (gitara, śpiew, flet, teksty, kompozycje), Tom Carter (bas, elektronika), Adam Dupaski (perkusja). Ciężko jednoznacznie określić styl zespołu. Dla mnie to motoryczny i transowy rock o ambientowym, przestrzennym brzmieniu. Jest wiele zespołów próbujących grać transowo, repetytywnie, ale jakoś im to nie wychodzi. Hobo Codes nie nudzą w ani jednej minucie tej dosyć krótkiej płyty (6 utworów). Chwalić w zasadzie mogę wszystko – od śpiewu Alexa Rainera, który dysponuje bardzo oryginalną barwą a także zdolnością do modulowania głosu na przeróżne sposoby, gitary – za świetną stylową pracę, kompozycje – za ich prostotę i muzykalność, brzmienie – za nowoczesność i ciekawe zabiegi studyjne (delay na perkusji, dosyć dużo pogłosu, ale nie odnosi się wrażenia przeprodukowania materiału, to ciągle stuprocentowo żywa muzyka), Toma Cartera – za punktualny, oszczędny bas i spajającą wszystko w całość elegancką, ambientową elektronikę, Adama Dupaskiego – za potężne, ale inteligentne uderzenie w bębny, które nadaje kompozycjom Rainera ogromną dynamikę. Na płycie nie ma ani jednej niepotrzebnej nuty.
Hobo Codes to nie nudne grzeczne pipczenie, ani pseudoalternatywny rock tworzony przez ludzi bez talentu do melodii i kompozycji. To jest pełnokrwisty twór rockowy, żywy i poszukujący. Na uwagę zasługują również ciekawe teksty Rainera, powodujące u mnie różne, płynące skojarzenia. Osobnym majstersztykiem jest okładka zdobiąca płytę – to małe dzieło sztuki, bardzo estetyczne.

Uważam, że Hobo Codes to artystyczne odkrycie roku. W Krakowie nie mają żadnej konkurencji na scenie rockowej – tego jestem pewien jak tego, że pewnego dnia umrę. Obym jeszcze doczekał kilku płyt Hobo Codes zanim to nastąpi. Proszę się zapoznać, proszę sobie ustawić na playliście, proszę sobie umieścić w iPodzie czy innym urządzeniu przenośnym lub stacjonarnym. Proszę puszczać znajomym, proszę szukać nazwy Hobo Codes na murach, w powietrzu i w wodzie. Aha – chodzą słuchy że już w listopadzie zespół wraca do koncertowania po wakacyjnej przerwie, którą członkowie zespołu, jak na dumnych włóczęgów przystało, spędzali pewnie w inspirujących rozjazdach.

„Hobo Codes” można darmowo pobrać z bandcampa zespołu, do czego gorąco zachęcam:

piosenki o kobietach, odc. 2 – kobiety fatalne

Lipiec 2, 2011

Edvard Munch "Madonna", 1985.

Dziś piosenka o kobiecie, na którą lepiej uważać. Zła, acz pociągająca. Złamie ci serce na pół, to pewne. Zakręci się wokół ciebie aby spowodować twój upadek. Gdy się zaangażujesz, będzie zimna jak lód. Gdy zmądrzejesz, powróci. Będziesz się czuł jak klaun, bo wszyscy wiedzą że jej imię to Femme Fatale a ty… jesteś numerem 37 w jej notatniku. Proszę państwa, jak ona mówi! Jak ona się porusza! Jej imię to Femme Fatale.

Znana piosenka The Velvet Underground została napisana przez Lou Reeda w 1967 roku, na życzenie Andy’ego Warhola. Inspiracją do jej powstania była aktorka, dama salonowa i modelka (znów o modelkach…patrz poprzedni post) Edie Sedgwick, jedna z gwiazd wykreowanych przez twórcę pop-art.

piosenki o kobietach, odc. 1 – modelki

Lipiec 2, 2011

Od pionierów muzyki elektronicznej, kultowej niemieckiej grupy Kraftwerk, rozpocznę cykl wpisów o kobietach.
A raczej o piosenkach, których teksty są o kobietach. Zaczynamy od modelki.

To ona, modelka, wygląda tak dobrze
To zrozumiałe – chciałbym ją zabrać do siebie
Tylko czasem się uśmiecha, gra trudną do zdobycia
Lecz co innego przed obiektywem

Będzie dziś imprezować, ale pije tylko szampana
Prawie wszystkich facetów już zbajerowała
Ciągnie swą grę, oni płacą i płacą
Omamieni jej urokiem

Pozuje do reklam przeróżnych produktów
Przed aparatem daje z siebie wszystko
Widziałem ją na okładce tabloidu
To zrozumiałe – chciałbym ją zabrać do siebie

(tłum. moje, z wersji angielskiej piosenki, powstałej w 1981)

Utwór był często coverowany, m. in. noiserockowa grupa Steve’a Albiniego nagrała „The Model” na płycie „Songs About Fucking” z 1987 roku:

Kolejny odcinek o piosenkach o kobietach już wkrótce, stay tuned.

This is my full time job. And I’m paying to do it. Zmęczony graniem muzyki.

Czerwiec 27, 2011

Ironiczna piosenka kanadyjskiego pieśniarza Mathiasa Koma opowiada historię muzyka zmęczonego realiami grania w klubach. The Burning Hell, bo tak nazywa się zespół Mathiasa, gra melodyjny, piosenkowy indie-folk.

I’m so tired of playing music
I don’t want to play music anymore
I want to work in a bank
I want to work in a store

W tekście pojawiają się takie na przykład ciekawe motywy:

Akustyk narzeka i rzuca złe spojrzenia w kierunku bandu, zespół będący gwiazdą wieczoru ma gdzieś koncert kapeli, która gra przed nimi, i nie kwapi się aby ich posłuchać. Muzycy przebierają się w łazience (pachnącej moczem), bo nie ma garderoby. Nie ma też papieru toaletowego. Nieliczna publiczność jest „dead drunk”, a może po prostu „dead”. Może było za mało plakatów? I gdzie podział się organizator?

Piosenka kończy się wyznaniem:

This is my full time job
And I’m paying to do it

Posłuchajcie:

nieznane u nas – MORIARTY

Czerwiec 19, 2011

Dziś o kapeli bardzo mało znanej w Polsce. Niewiele się o nich u nas pisze, nigdy też w Polsce nie grali. A zespół jest jak najbardziej wart bliższego przyjrzenia się. Moriarty to francusko-kanadyjska grupa wykonująca ładne, folkowe, akustyczne piosenki z aksamitnym kobiecym wokalem. Stare akustyczne gitary, trochę kowbojskich dźwięków slide, kontrabas, minimalistyczna perkusja, harmonijka ustna. Czasem inne instrumenty typu drumla, cymbały. Wszechogarniająca elegancja i szyk, klimat country. Zespół ma na koncie dwie płyty – wydaną w 2007 „Gee Whiz But This is a Lonesome Town” oraz najnowszą „The Missing Room” z tego roku (całość do odsłuchania na profilu moriarty.bandcamp.com. Niektórzy powiedzą: „nic nowego”. Tak, zgoda. Ale takie (!) nic nowego wyjątkowo mnie urzeka i nie wadzi. Bo jest w tym ogromna muzykalność i feeling, a to wartości ponadczasowe.

Zobaczcie jak orzeźwiająco brzmią w tym klipie. Poczekajcie do końca – potrafią też robić brudny hałas:

Live from the Missing Room – Julie Gold’s Candy Cane Tale from Moriarty on Vimeo.

Index. Garaż nieznany.

Kwiecień 3, 2011

Dziś o zespole garażowym z bardzo charakterystycznym brzmieniem, który moim zdaniem wyprzedził swoją epokę. To zupełnie nieznany i niedoceniony amerykański Index, działający w późnych latach 60 w okolicach stanu Michigan. Ciężko znaleźć jakieś szersze informacje o tej formacji. A szkoda, bo to perła. Nie ma o nich nawet strony w Wikipedii.

Zespół działający krótko, bo na przestrzeni trzech tylko lat, został trochę szerzej odkryty po dłuższym czasie od zawieszenia działalności, gdy wydano kompilację „The Antology 1967-1969”. Stało się to jednak dopiero w 1995 roku. Produkcją zajęła się wytwórnia Top Jimmy Productions, założona przez Jimiego Valice, perkusistę zespołu.

Styl Index to garażowy, przesterowany brud i sporo melodyjnych, surfowych gitar. Jest w tej muzyce pewna toporność i atmosfera niepokoju. Perkusja-czołg i dużo psychodelicznego pogłosu. Żywe fenomenalne granie, sprawiające wrażenie częściowo improwizowanego. Kompozycje są dosyć swobodne… Na pewno współczesne zespoły rockowe powinny posłuchać Index. Pierwsza płyta zespołu pokazująca jego garażowe i instrumentalne oblicze zatytułowana była po prostu Index, zwyczajowo nazwana „The Black Album”.

Jak można dowiedzieć się z krótkiej biografii zespołu zamieszczonej tutaj, w roku 1968 John B. Ford, gitarzysta Index zaczął spotykać się z młodą dziewczyną o imieniu Jan. Zakochał się w niej, a ona znacząco wpłynęła na brzmienie grupy. Zdecydowanie nie podobały jej się brudne gitary. Zespół zaczął komponować bardziej słodkie i beatelsowskie piosenki o miłości, a następnie nagrał kolejną płytę – „The Red Album”, również wartą uwagi, ale już nie tak oryginalną jak debiut. Niedługo potem Index przestał istnieć.

Na koniec jeden z utworów, do posłuchania (pozycja obowiązkowa):

Dodatkowo, dla zainteresowanych zamieszczam link do wywiadu z gitarzystą Index.