Archive for the ‘płyty’ Category

Kodeks włóczęgów

Sierpień 25, 2011

Postanowiłem napisać o nieznanym, poza nieliczną garstką słuchaczy, zespole z Krakowa. Grupa nazywa się Hobo Codes i w czerwcu 2011, po chyba kilku zaledwie miesiącach działalności, wydała pierwszą płytę, zatytułowaną po prostu „Hobo Codes”. A napisać postanowiłem dlatego, że uważam materiał stworzony przez trio za wielkie odkrycie. Ożywcze nie tylko w Krakowie czy w Polsce. Moim zdaniem zespół ma szansę na światowy sukces, jeśli tylko się postara i będzie w to wierzyć. Muzyka bowiem, którą tworzy jest oryginalna i absolutnie najwyższych lotów. Wiele razy przesłuchałem płyty a także dwukrotnie miałem okazję słuchać zespołu na koncertach w małych, kanciapowych krakowskich klubach, gdzie stoi się dwa metry od muzyków.
Zespół z Krakowa ale…tworzą go sami obcokrajowcy. Przybysze bez muzycznych kompleksów, potrzeby naśladownictwa i bycia fajnymi na siłę. Oni są naturalnie fajni i oryginalni i nie muszą nikomu niczego udowadniać. Proszę Państwa, ta muzyka płynie, ta muzyka jest prawdziwa i cudowna. Zespół tworzą: Alex Rainer (gitara, śpiew, flet, teksty, kompozycje), Tom Carter (bas, elektronika), Adam Dupaski (perkusja). Ciężko jednoznacznie określić styl zespołu. Dla mnie to motoryczny i transowy rock o ambientowym, przestrzennym brzmieniu. Jest wiele zespołów próbujących grać transowo, repetytywnie, ale jakoś im to nie wychodzi. Hobo Codes nie nudzą w ani jednej minucie tej dosyć krótkiej płyty (6 utworów). Chwalić w zasadzie mogę wszystko – od śpiewu Alexa Rainera, który dysponuje bardzo oryginalną barwą a także zdolnością do modulowania głosu na przeróżne sposoby, gitary – za świetną stylową pracę, kompozycje – za ich prostotę i muzykalność, brzmienie – za nowoczesność i ciekawe zabiegi studyjne (delay na perkusji, dosyć dużo pogłosu, ale nie odnosi się wrażenia przeprodukowania materiału, to ciągle stuprocentowo żywa muzyka), Toma Cartera – za punktualny, oszczędny bas i spajającą wszystko w całość elegancką, ambientową elektronikę, Adama Dupaskiego – za potężne, ale inteligentne uderzenie w bębny, które nadaje kompozycjom Rainera ogromną dynamikę. Na płycie nie ma ani jednej niepotrzebnej nuty.
Hobo Codes to nie nudne grzeczne pipczenie, ani pseudoalternatywny rock tworzony przez ludzi bez talentu do melodii i kompozycji. To jest pełnokrwisty twór rockowy, żywy i poszukujący. Na uwagę zasługują również ciekawe teksty Rainera, powodujące u mnie różne, płynące skojarzenia. Osobnym majstersztykiem jest okładka zdobiąca płytę – to małe dzieło sztuki, bardzo estetyczne.

Uważam, że Hobo Codes to artystyczne odkrycie roku. W Krakowie nie mają żadnej konkurencji na scenie rockowej – tego jestem pewien jak tego, że pewnego dnia umrę. Obym jeszcze doczekał kilku płyt Hobo Codes zanim to nastąpi. Proszę się zapoznać, proszę sobie ustawić na playliście, proszę sobie umieścić w iPodzie czy innym urządzeniu przenośnym lub stacjonarnym. Proszę puszczać znajomym, proszę szukać nazwy Hobo Codes na murach, w powietrzu i w wodzie. Aha – chodzą słuchy że już w listopadzie zespół wraca do koncertowania po wakacyjnej przerwie, którą członkowie zespołu, jak na dumnych włóczęgów przystało, spędzali pewnie w inspirujących rozjazdach.

„Hobo Codes” można darmowo pobrać z bandcampa zespołu, do czego gorąco zachęcam:

Kolonia: koncert, który prawie się nie odbył

Czerwiec 16, 2009

jarrett9Mowa będzie o absolutnej klasyce, wybitnym dziele, rzeczy powszechnie znanej słuchaczom szeroko pojętej muzyki jazzowej i improwizowanej: koncercie solowym Keitha Jarretta z Kolonii, z 1975 roku. Jarrett (ur. 1945) jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pianistów jazzowych, a omawiany koncert został zarejestrowany w Operze Kolońskiej. Co ciekawe, było to pierwsze w historii wykonanie muzyki „nieklasycznej” w tej instytucji. „The Köln Concert” jest jednym z najlepiej sprzedających się nagrań w historii jazzu i najlepiej sprzedającą się płytą zawierającą koncert solowy (3,5 miliona sprzedanych egzemplarzy).

Koloński koncert o mały włos się nie odbył – Jarrett spóźnił się, przyszedł do opery głodny i niewyspany, na dodatek fortepian zamówiony przez niego nie przyjechał na czas. Keith odmówił początkowo grania na źle brzmiącym według niego instrumencie, który dostał w zastępstwie. Skrajne, najniższe i najwyższe rejestry brzmiały słabo. W ostatniej chwili zgodził się jednak zagrać. Być może ułomności fortepianu wpłynęły na styl i estetyczne wybory, jakich dokonał podczas swojej gry, która tego wieczora trwała ponad 66 minut.

Koncert początkowo nie miał być w ogóle nagrywany, jednak później zdecydowano ustawić mikrofony i zarejestrować go, choćby na użytek archiwum opery.

I tak powstało dzieło wybitne, magiczne, wyjątkowe, którego nie sposób określić słowami. Będące od początku do końca pełną improwizacją, w czterach częściach, nie posiadających tytułów. Ścieżki są jedynie oznaczone dla potrzeb wydawnictwa jako: „Part I”, „Part II A”, „Part II B” oraz „Part II C” (ostatnia część jest bisem).

Nie będę zagłębiał się w stronę formalną utworów,  bo robiono to już wiele razy. Wspomnę tylko, że muzyka na tym albumie pod względem harmonii polega na improwizowaniu na bazie dwóch lub nawet jednego akordu czy riffów powtarzanych i zapętlanych przez dłuższy czas. Tworzy to repetytywny i transowy puls, który jest bazą do poszukujących improwizacji na jego tle. Przez cały czas Jarrett intensywnie operuje dynamiką, czasem grając powoli, rubato, a czasem osiągając zapętlone, donośne momenty kulminacyjne.

Pod względem gatunkowym można tu znaleźć dosłownie wszystko. To nie jest wcale płyta tylko „jazzowa”. W zasadzie nie da się określić stylu.  Wspomniana „riffowość” powoduje skojarzenia z bluesem, rockiem, gospel. Całość jest liryczna, transowa, muzyka ma uduchowiony nastrój.

Pierwsze i kolejne 10 minut koncertu (resztę również można znaleźć na youtubie). Posłuchajcie:

legendarny Marvin Pontiac

Marzec 25, 2009

marvinThe Legendary Marvin Pontiac – Greatest Hits (1999). Płyta wpadła mi w rękę ze trzy miesiące temu gdy przeglądałem płytotekę mojego taty. Zaintrygowała mnie okładka, zaciekawiła owa „legendarność” postaci, o której wcześniej nie słyszałem.

Jako że przed włożeniem płyty do odtwarzacza mam zwyczaj studiowania okładki,  dowiedziałem się że Marvin Pontiac zginął w wypadku samochodowym w 1977 roku podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym, a fotografie muzyka znajdujące się w książeczce zostały wykonane z ukrycia przez innego pacjenta Esmeralda State Mental Institution, niejakiego Nehpetsa Notrota. Z ukrycia, bo Pontiac podtrzymywał plemienną wiarę w to, że gdy robi się komuś zdjęcie, dusza człowieka zostaje ukradziona i przenosi się na fotografię.

Na stronie internetowej wytwórni Strange & Beautiful można zaznajomić się z biografią Marvina Pontiaca. W skrócie – urodzony w roku 1932, jeden z najbardziej „enigmatycznych geniuszy współczesnej muzyki”, syn Malijczyka i Żydówki z Nowego Jorku, do 15-go roku zycia mieszkał w Mali, potem przeniósł się do Ameryki. Nauczył się grać na harmonijce ustnej w latach młodzieńczych, pracował jako hydraulik, prawdopodobnie brał udział w napadzie na bank w 1950 roku, nie chciał nagrywac swoich płyt dopóki właściciel wytwórni nie odwiedził jego domu w Slidell. Są doniesienia, że Jackson Pollock słuchał tylko Pontiaca gdy malował swoje obrazy techniką drippingu. W roku 1970 Pontiac został, jak twierdził, porwany przez kosmitów. Po tym doświadczeniu porzucił muzykę i skupił się na kontaktach z obcymi. Aresztowany za jazdę na rowerze nago, ostatnie lata swojego życia spędził w szpitalu psychiatrycznym.

Płyta składa się z oryginalnych, unikalnych ścieżek nagranych przez Pontiaca na różnych instrumentach (między innymi harmonijka ustna, gitara, klawisze, sitar, banjo) i dogranych przez współczesnych muzyków partii. Zagadką pozostaje śpiew – nazwisko wokalisty nie zostaje wymienione w spisie biorących udział w sesji. Ale brzmi znajomo…

Cała postać Marvina Pontiaca okazała się, jak się dowiedziałem szperając w sieci, kreacją artystyczną twórcy płyty – Johna Lurie (załozyciela The Lounge Lizards,  wytwórni Strange & Beautiful, saksofonisty, aktora znanego z filmów Jarmuscha, malarza).

A więc już wiadomo kto śpiewa (albo czasem – mówi). Pod względem muzycznym płyta waha się od hipnotycznego bluesa, czasem przypominającego malijską wersję tej muzyki w wykonaniu Ali Farka Toure, do klimatów w stylu Talking Heads. Najbardziej jednak słychać brzmienia a la Lounge Lizards (może w trochę mniej jazzowo-awangardowej a bardziej rockowo-awangardowej wersji) – w końcu sam John Lurie stworzył tę płytę. Są momenty oniryczne, jak „Small Car”, drugi utwór na płycie, gdzie do pulsującego i repetytywnego podkładu Lurie recytuje swój tekst.

Słuchanie tej płyty to prawdziwa muzyczna podróż przez różne kierunki, style, jakby skondensowane w jednej, magicznej postaci Marvina Pontiaca. Z jednej strony jest to płyta nowoczesna, na zasadzie oryginalnego łączenia elementów składowych, a z drugiej czuć w każdej sekundzie korzenie muzyki pod postacią starego ludowego bluesa. Płytę zdecydowanie polecam, bo ciężko sie od niej oderwać.

Samo Voo Voo

Marzec 25, 2009

samovoovoo

Od wydania najnowszej płyty Voo Voo trochę już czasu minęło. Ale może to dobrze, bo od tego momentu zdążyłem posłuchać nowej muzyki Waglewskiego juz wiele razy i mogę chyba sensowniej o niej teraz napisać. Zdążyłem też pójść na koncert, gdzie mogłem usłyszeć nowe utwory na żywo.

Pierwsze wrażenie było takie, że nie bardzo mi się podoba. Szczególnie singiel – „Leszek mi mówił”. Takie proste, wesołkowate bigbitowe granie bez jakichś szczególnych emocji. Fajnie, bo to przecież Voo Voo, które nieustannie trzyma klasę, ale bez porywów.

W istocie płyta stanowi po częsci powrót do grania prostszego, rockowego, bigbitowego właśnie. Więcej tu chwytliwych riffów niż rozbudowanych harmonii. Jednoczesnie dalej pojawiają się okołojazzowe motywy i improwizacje charakterystyczne dla wcześniejszych płyt zespołu, takich jak choćby „XX”, co słychać nie tylko w grze Mateusza Pospieszalskiego. Nawiązania do muzyki etnicznej występują tu rzadziej, ale są. Na przykład w utworze „To ładnie wychodzi”, w jego dalszej części.

Po kilku przesłuchaniach okazuje się że „Samo Voo Voo” broni się znakomicie. To ciągle ten sam zespół, który od dwóch dekad ma swój unikalny styl, a jednocześnie każda płyta przynosi coś nowego. Słucha się bardzo miło a pierwsze nieco ambiwalentne wrażenie ustępuje miejsca całkowitej akceptacji albumu i pochłonięciu się nowymi piosenkami.

W warstwie tekstowej Wojtek Waglewski niezmiennie dalej snuje swoje trochę gorzkie a trochę słodkie opowieści egzystencjalne w swoim dawno już wypracowanym osobistym, ironicznym, zdystansowanym tonie.

No i oczywiście nowe utwory najlepiej brzmią na koncercie – wtedy zespół traktując je jak jazzowe standardy swobodniej podchodzi do ich dosyć zdyscyplinowanej struktury, co jest okazją do wyrażenia ogromnej energii drzemiącej w dojrzałych już panach z Voo Voo.