Archive for the ‘style’ Category

Index. Garaż nieznany.

Kwiecień 3, 2011

Dziś o zespole garażowym z bardzo charakterystycznym brzmieniem, który moim zdaniem wyprzedził swoją epokę. To zupełnie nieznany i niedoceniony amerykański Index, działający w późnych latach 60 w okolicach stanu Michigan. Ciężko znaleźć jakieś szersze informacje o tej formacji. A szkoda, bo to perła. Nie ma o nich nawet strony w Wikipedii.

Zespół działający krótko, bo na przestrzeni trzech tylko lat, został trochę szerzej odkryty po dłuższym czasie od zawieszenia działalności, gdy wydano kompilację „The Antology 1967-1969”. Stało się to jednak dopiero w 1995 roku. Produkcją zajęła się wytwórnia Top Jimmy Productions, założona przez Jimiego Valice, perkusistę zespołu.

Styl Index to garażowy, przesterowany brud i sporo melodyjnych, surfowych gitar. Jest w tej muzyce pewna toporność i atmosfera niepokoju. Perkusja-czołg i dużo psychodelicznego pogłosu. Żywe fenomenalne granie, sprawiające wrażenie częściowo improwizowanego. Kompozycje są dosyć swobodne… Na pewno współczesne zespoły rockowe powinny posłuchać Index. Pierwsza płyta zespołu pokazująca jego garażowe i instrumentalne oblicze zatytułowana była po prostu Index, zwyczajowo nazwana „The Black Album”.

Jak można dowiedzieć się z krótkiej biografii zespołu zamieszczonej tutaj, w roku 1968 John B. Ford, gitarzysta Index zaczął spotykać się z młodą dziewczyną o imieniu Jan. Zakochał się w niej, a ona znacząco wpłynęła na brzmienie grupy. Zdecydowanie nie podobały jej się brudne gitary. Zespół zaczął komponować bardziej słodkie i beatelsowskie piosenki o miłości, a następnie nagrał kolejną płytę – „The Red Album”, również wartą uwagi, ale już nie tak oryginalną jak debiut. Niedługo potem Index przestał istnieć.

Na koniec jeden z utworów, do posłuchania (pozycja obowiązkowa):

Dodatkowo, dla zainteresowanych zamieszczam link do wywiadu z gitarzystą Index.

mała alternatywna lista ulubionych gitarzystów

Sierpień 27, 2010

List najlepszych gitarzystów świata w historii muzyki rockowej powstało setki. Na samej górze pojawiają się w nich zawsze te same nazwiska – Jimi Hendrix, Jimmi Page, Jeff Beck, Eric Clapton, Ritchie Blackmore itd. Jest tam też dużo „wyścigowców” i technicznych „wypierdalaczy” takich jak Steve Vai czy Joe Satriani.

Ja postanowiłem zrobić małą, osobistą listę moich ulubionych gitarzystów. Kolejność jest alfabetyczna, nie jest to żaden ranking.
Muzycy na mojej liście są raczej „twórcami muzyki” niż „gitarzystami” w tym sensie, że choć rzemiosło mają w wysokim stopniu opanowane, nie epatują tym i raczej koncentrują się na pisaniu pięknej muzyki.

1. Oren Bloedow, kompozytor, wokalista, gitarzysta. Nowojorczyk znany głównie z Elysian Fields i La Mar Enfortuna. Rzadko kiedy gra rzeczy „imponujące”. Jego styl jest raczej ukierunkowany na nastrój/emocje, a brzmienie gitar zarówno elektrycznych jak i akustycznych przemawia swoim dostojeństwem i wyrafinowaniem. W jego utworach często pojawiają się nietypowe, posępne harmonie i brudne, niemal „sonicyouth’owe” dźwięki. http://www.myspace.com/orenbloedow.

2. John Fahey – amerykański prymitywista gitary. Nagrywał od końca lat 50. XX wieku. Występował solo na gitarze akustycznej granej techniką fingerstyle. Jego bardzo eklektyczny, minimalistyczny styl łączący natchniony folk, blues, bluegrass, muzykę klasyczną i swobodne, a czasem transowe medytacje zrobił na mnie wrażenie od pierwszego utworu. Absolutnie obowiązkowa pozycja. Jeden człowiek i jeden instrument. Surowe i bezkompromisowe piękno w czystej postaci.

3. Bert Jansch – szkocki muzyk folkowy/bluesowy. Znany głównie jako gitarzysta akustyczny grający techniką fingerstyle, ale także songwriter i wokalista. Od 1965 roku nagrał już przynajmniej 25 płyt. Dobry przykład jego gry to pochodzący z pierwszej płyty utwór „Angie”.

4. Raphael Rogiński. Polak, inicjator projektów Cukunft i Shofar. Gitarzysta, kompozytor, wykształcony jazzowo i klasycznie, ale grający po swojemu. Studiował też etnomuzykologię. Interpretator muzyki żydowskiej, wypracował swój własny język muzyczny. Gra również Bacha. Jakiś czas temu widziałem jego koncert solowy, i było to imponujące, mocno kontemplacyjne widowisko, podczas którego muzyk nie wypowiedział chyba ani jednego słowa do publiczności. Posłuchaj tu.

5. Wojciech Waglewski, twórca Voo Voo. Mój ulubiony polski gitarzysta, samouk. A oprócz tego kompozytor, wokalista, twórca mądrych tekstów. Brzmienia jazzowe gra z rockową energią, a do rockowych piosenek wplata jazzowe harmonie. Jak sam mówi, stara się połączyć najlepsze tradycje muzyki rockowej, jazzowej i muzyki obcych kultur. Tu w duecie z Tomaszem Stańko.

6. Vanya Zhuk. Rosjanin, którego pierwszy raz widziałem na żywo w Alchemii na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Gra głównie muzykę klezmerską/rosyjską. Niesamowicie ekspresyjny gitarzysta, grający z bardzo charakterystyczną, wschodnią ornamentacją. Założył zespół Nayekhovichi , który określa jako „Ultimate Klezmer Garage Band”. U Zhuka niemal punkowe uderzenia akordów mieszają się ze śpiewnymi wschodnimi melodiami.

czarna, mroczna muzyka

Maj 16, 2010

Dziś coś o mrocznej muzyce – rock noir. Rykarda Parasol, amerykańska wokalistka o polsko-żydowsko-szwedzkich korzeniach w ten sposób określa swój styl muzyczny. Ja widzę pewne podobieństwo i podobny sposób opisywania świata między kilkoma wykonawcami – wspomniana już Rykarda, Elysian Fields, czy Nick Cave & The Bad Seeds. Może i Cat Power, a pewnie też The Velvet Underground. Co składa się na klimat rock noir? Na pewno mroczne, posępne, mollowe melodie i długie nuty. Na pewno egzystencjalne i poetyckie teksty o złamanych sercach i mrocznych romansach. Klimat zdecydowanie nocny, knajpiany i zadymiony. Często zmysłowy, smukły i trochę łamiący się kobiecy głos w roli głównej, ale może być też męski (na przykład Nick Cave). Instrumentarium, na którym opiera się brzmienie – fortepian, gitary elektryczne i akustyczne, skrzypce. Wykonawcy często noszą się na czarno i elegancko (Rykarda Parasol gra koncerty w szpilkach i wieczorowych sukniach). Okładki płyt często zdobią kwiaty. Wolne tempa. Większość utworów to folkowo-rockowe ballady, które nie mają nic a nic wspólnego z tanim stylem a la MTV. Muzyka do słuchania w nocy lub w dni takie jak dziś – deszczowe i posępne.

Poniżej zamieszczam kilka moich faworytów z nurtu mrocznego songwritingu: