Archive for the ‘wykonawcy’ Category

Niedziela na OFF Festivalu 2013

Sierpień 8, 2013

Postanowiłem napisać subiektywną i dosyć wybiórczą relację z ostatniego dnia tegorocznego OFF’a w Katowicach. Bilet miałem tylko na niedzielę (4.08). Byłem na sporej ilości koncertów ale opiszę tylko kilka…

Pierwszy z wykonawców, których zobaczyłem to Peter J. Birch. Artysta zagrał na Scenie Trojki z zespołem „The River Boat Band” piosenki w stylu rasowego amerykańskiego country. Myślę ze nie kupiłbym płyty Piotra Brzezińskiego (bo tak na prawdę nazywa się ten wokalista i gitarzysta z Wołowa na Dolnym Śląsku) ale zawsze miło posłuchać żywych dźwięków. Posłuchałem więc spod samej sceny kilku piosenek, po czym uznałem że mam dość, że już wszystko o tym wiem i poszedłem sobie gdzieś indziej. Nie mam nic przeciwko country w wykonaniu Polaków, czy country w ogóle, jednak chciałoby się żeby te kompozycje zawierały w sobie coś odważniejszego, odbiegającego od kanonów stylu. Niemniej jednak zespół był świetnie zgrany i brzmiał wyjątkowo dobrze, od głębokiego głosu lidera, hawajskiej gitary slide do sekcji rytmicznej. Koncert należał raczej do stonowanych i spokojnych. Bez większych emocji.

Jednym z zespołów, które chciałem zobaczyć najbardziej było Gówno. Nie znalem ich wcześniej jakoś szczególnie dobrze. Przed tegorocznym Offem słyszałem może ze trzy piosenki. Widziałem na żywo tylko raz, gdzieś na początku ich działalności, ale to była jakaś impreza a nie prawdziwy koncert, wiec nie do końca bylem skupiony na tym co dzieje się na zaimprowizowanej scenie. W offowym Gównie najlepsze było to, ze myślałem że idę na koncert zespołu pastiszowego, a muzyka grupy będzie inteligenckim żartem w stylistyce prymitywnego punk-rocka. Co do stylu grania nie myliłem się, ale dosyć zaskoczony byłem faktem, ze zespól zagrał set piosenek totalnie zaangażowanych i NA SERIO, ujmujących szczerością i prostotą przekazu. Teksty, bardzo inteligentne i nieskomplikowane – trafnie komentowały rzeczywistość. Były ze dwa potknięcia, ale przecież to zespól punkowy nie? Bardzo udany występ.

Japandroids, którzy zebrali pod sceną sporo ludzi zagrali bardzo fajnie, czego się zresztą spodziewałem. Hałasu robią we dwójkę jak kilku gości z gitarami – na plus. To był surowy występ pełen pasji i energii, czyli tego co powinna zawierać rockowa muzyka, tworzona skromnymi środkami.

Liczyłem również na koncert Super Girl & Romantic Boys. Zespół grał obciachowego, plastikowego elektro-disco-casio-rocka, zanim była moda na kicz. Występem na OFF’ie częściowo się zawiodłem, ale nie było źle. Wokalistka stojąca na środku sprawiała wrażenie trochę zakłopotanej i spiętej przez cały czas trwania koncertu. Być może to efekt długiej przerwy od grania na żywo. Ciężko było też zrozumieć teksty, może poza refrenami z powtarzanymi słowami. Nie wiem czy to wina nagłośnienia – może oni po prostu tak śpiewają. Sam koncert jako całość był dla mnie trochę zbyt statyczny, ale i tak było warto stać pod sceną.

Nocny już koncert szwedzkiego Goat na Scenie Leśnej obejrzałem z ogromnym zaciekawieniem. Niesamowita fuzja hendriksowskich gitar, zapętlonych basowych riffów, etnicznych przeszkadzajek i scenicznego szamanizmu. Totalny trans. Do tego „nieskoordynowany”, szalony taniec dwóch frontmanek. Zwykle nie jestem fanem zespołów, które na scenie noszą maski i tego typu bzdety oraz tak mocno stawiają na wizualny aspekt swojego show. Razi mnie, gdy tego typu dodatki nie współgrają z jakością muzyki – podczas koncertu Goat działały fantastycznie, a to dlatego że same dźwięki były najwyższych lotów. Występ był pod każdym względem wyjątkowy i było w nim coś pierwotnego, magicznego. Fantastyczne, masywne brzmienie i niesamowite, wysokie głosy wokalistek. Opisać się tego nie da, więc doświadczcie sami gdy znów nadarzy się okazja! Jeśli etno-trans-hendrix brzmi nieprzekonująco, to sprawdźcie Goat. Przestanie…

paru ulubionych wokalistów „niepotrafiących śpiewać”

Sierpień 10, 2012

Ponieważ wśród artystów, których cenię pojawiają się tacy, którzy nie są szczególnie obdarzeni warunkami do śpiewania (a mimo to robią to i osiągnęli sukces), postanowiłem stworzyć listę kilku ulubionych w tej kategorii. Niektórzy z nich czasem nie trafiają w nuty, w które chcą trafić. Niektórzy mają „brzydki” głos bądź też nie potrafią utrzymać długiej nuty bez zmiany wysokości dźwięku. Mają ogromną wyobraźnię muzyczną, sięgającą 48 oktaw, ale możliwości w zakresie ledwie dwóch. Pewnie nigdy nie pobierali lekcji śpiewu, co poskutkowało „ściśniętą” barwą. Mimo wszystko są cenionymi artystami, a ich sposób wokalnej ekspresji stał się ich znakiem firmowym.
Wspomnę jeszcze, ze widziałem już w internecie wiele list tego typu, ale w związku z tym że tematyka jest mi szczególnie bliska i miła, postanowiłem dorzucić swoje parę groszy, z przykładami. Lecimy:

Lou Reed
Sam przyznaje się do tego, że nie potrafi śpiewać. Jego maniera polega raczej na mówieniu, niż śpiewaniu. Męczy się i dusi. Na dodatek, jest dosyć kiepskim i „szorstkim” gitarzystą. Co z tego, skoro muzyka, którą pisze i wykonuje jest genialna i ceniona?

Shane MacGowan
Zobaczcie jeden z moich ulubionych klipów pokazujących Shane’a w akcji, z zespołem The Pogues. Te dłuższe dźwięki, jak szorstkie i niestabilne. Jak niestrojące. Na dodatek jest pijakiem i straceńcem. Ale jest dusza, czyż nie? W temacie „dirty old town” moim zdaniem lepiej nie można zaśpiewać.

Iggy Pop
Punkowy etos. Co więcej można powiedzieć? Niestabilne dźwięki, pokrzykiwania. Klasyk. Jego sposób trzymania mikrofonu podczas wykonywania piosenek również nie należy do akademickich. Na dodatek, pewnie pod wpływem narkotyków na początku klipu chyba zapomina tekstu swojego największego przeboju, wydłużając wstęp utworu The Passenger:

Nick Cave
Akurat sam głos Cave’a nie należy do moich ulubionych (w przeciwieństwie do barw głosu trzech powyższych wykonawców, których „ułomny” śpiew po prostu uwielbiam), ale szalenie cenię inne aspekty jego twórczości. Nickowi zdarza się być „out of tune”, i to nierzadko. I co z tego? Nic.

Robert Gawliński
No i akcent polski. Lider Wilków pięknie nie wszedł tu w tonację. Dwa razy. Ale za to jaka ładna piosenka i tekst, z którym się utożsamiam (piszę to na serio):

Kodeks włóczęgów

Sierpień 25, 2011

Postanowiłem napisać o nieznanym, poza nieliczną garstką słuchaczy, zespole z Krakowa. Grupa nazywa się Hobo Codes i w czerwcu 2011, po chyba kilku zaledwie miesiącach działalności, wydała pierwszą płytę, zatytułowaną po prostu „Hobo Codes”. A napisać postanowiłem dlatego, że uważam materiał stworzony przez trio za wielkie odkrycie. Ożywcze nie tylko w Krakowie czy w Polsce. Moim zdaniem zespół ma szansę na światowy sukces, jeśli tylko się postara i będzie w to wierzyć. Muzyka bowiem, którą tworzy jest oryginalna i absolutnie najwyższych lotów. Wiele razy przesłuchałem płyty a także dwukrotnie miałem okazję słuchać zespołu na koncertach w małych, kanciapowych krakowskich klubach, gdzie stoi się dwa metry od muzyków.
Zespół z Krakowa ale…tworzą go sami obcokrajowcy. Przybysze bez muzycznych kompleksów, potrzeby naśladownictwa i bycia fajnymi na siłę. Oni są naturalnie fajni i oryginalni i nie muszą nikomu niczego udowadniać. Proszę Państwa, ta muzyka płynie, ta muzyka jest prawdziwa i cudowna. Zespół tworzą: Alex Rainer (gitara, śpiew, flet, teksty, kompozycje), Tom Carter (bas, elektronika), Adam Dupaski (perkusja). Ciężko jednoznacznie określić styl zespołu. Dla mnie to motoryczny i transowy rock o ambientowym, przestrzennym brzmieniu. Jest wiele zespołów próbujących grać transowo, repetytywnie, ale jakoś im to nie wychodzi. Hobo Codes nie nudzą w ani jednej minucie tej dosyć krótkiej płyty (6 utworów). Chwalić w zasadzie mogę wszystko – od śpiewu Alexa Rainera, który dysponuje bardzo oryginalną barwą a także zdolnością do modulowania głosu na przeróżne sposoby, gitary – za świetną stylową pracę, kompozycje – za ich prostotę i muzykalność, brzmienie – za nowoczesność i ciekawe zabiegi studyjne (delay na perkusji, dosyć dużo pogłosu, ale nie odnosi się wrażenia przeprodukowania materiału, to ciągle stuprocentowo żywa muzyka), Toma Cartera – za punktualny, oszczędny bas i spajającą wszystko w całość elegancką, ambientową elektronikę, Adama Dupaskiego – za potężne, ale inteligentne uderzenie w bębny, które nadaje kompozycjom Rainera ogromną dynamikę. Na płycie nie ma ani jednej niepotrzebnej nuty.
Hobo Codes to nie nudne grzeczne pipczenie, ani pseudoalternatywny rock tworzony przez ludzi bez talentu do melodii i kompozycji. To jest pełnokrwisty twór rockowy, żywy i poszukujący. Na uwagę zasługują również ciekawe teksty Rainera, powodujące u mnie różne, płynące skojarzenia. Osobnym majstersztykiem jest okładka zdobiąca płytę – to małe dzieło sztuki, bardzo estetyczne.

Uważam, że Hobo Codes to artystyczne odkrycie roku. W Krakowie nie mają żadnej konkurencji na scenie rockowej – tego jestem pewien jak tego, że pewnego dnia umrę. Obym jeszcze doczekał kilku płyt Hobo Codes zanim to nastąpi. Proszę się zapoznać, proszę sobie ustawić na playliście, proszę sobie umieścić w iPodzie czy innym urządzeniu przenośnym lub stacjonarnym. Proszę puszczać znajomym, proszę szukać nazwy Hobo Codes na murach, w powietrzu i w wodzie. Aha – chodzą słuchy że już w listopadzie zespół wraca do koncertowania po wakacyjnej przerwie, którą członkowie zespołu, jak na dumnych włóczęgów przystało, spędzali pewnie w inspirujących rozjazdach.

„Hobo Codes” można darmowo pobrać z bandcampa zespołu, do czego gorąco zachęcam:

nieznane u nas – MORIARTY

Czerwiec 19, 2011

Dziś o kapeli bardzo mało znanej w Polsce. Niewiele się o nich u nas pisze, nigdy też w Polsce nie grali. A zespół jest jak najbardziej wart bliższego przyjrzenia się. Moriarty to francusko-kanadyjska grupa wykonująca ładne, folkowe, akustyczne piosenki z aksamitnym kobiecym wokalem. Stare akustyczne gitary, trochę kowbojskich dźwięków slide, kontrabas, minimalistyczna perkusja, harmonijka ustna. Czasem inne instrumenty typu drumla, cymbały. Wszechogarniająca elegancja i szyk, klimat country. Zespół ma na koncie dwie płyty – wydaną w 2007 „Gee Whiz But This is a Lonesome Town” oraz najnowszą „The Missing Room” z tego roku (całość do odsłuchania na profilu moriarty.bandcamp.com. Niektórzy powiedzą: „nic nowego”. Tak, zgoda. Ale takie (!) nic nowego wyjątkowo mnie urzeka i nie wadzi. Bo jest w tym ogromna muzykalność i feeling, a to wartości ponadczasowe.

Zobaczcie jak orzeźwiająco brzmią w tym klipie. Poczekajcie do końca – potrafią też robić brudny hałas:

Live from the Missing Room – Julie Gold’s Candy Cane Tale from Moriarty on Vimeo.

Index. Garaż nieznany.

Kwiecień 3, 2011

Dziś o zespole garażowym z bardzo charakterystycznym brzmieniem, który moim zdaniem wyprzedził swoją epokę. To zupełnie nieznany i niedoceniony amerykański Index, działający w późnych latach 60 w okolicach stanu Michigan. Ciężko znaleźć jakieś szersze informacje o tej formacji. A szkoda, bo to perła. Nie ma o nich nawet strony w Wikipedii.

Zespół działający krótko, bo na przestrzeni trzech tylko lat, został trochę szerzej odkryty po dłuższym czasie od zawieszenia działalności, gdy wydano kompilację „The Antology 1967-1969”. Stało się to jednak dopiero w 1995 roku. Produkcją zajęła się wytwórnia Top Jimmy Productions, założona przez Jimiego Valice, perkusistę zespołu.

Styl Index to garażowy, przesterowany brud i sporo melodyjnych, surfowych gitar. Jest w tej muzyce pewna toporność i atmosfera niepokoju. Perkusja-czołg i dużo psychodelicznego pogłosu. Żywe fenomenalne granie, sprawiające wrażenie częściowo improwizowanego. Kompozycje są dosyć swobodne… Na pewno współczesne zespoły rockowe powinny posłuchać Index. Pierwsza płyta zespołu pokazująca jego garażowe i instrumentalne oblicze zatytułowana była po prostu Index, zwyczajowo nazwana „The Black Album”.

Jak można dowiedzieć się z krótkiej biografii zespołu zamieszczonej tutaj, w roku 1968 John B. Ford, gitarzysta Index zaczął spotykać się z młodą dziewczyną o imieniu Jan. Zakochał się w niej, a ona znacząco wpłynęła na brzmienie grupy. Zdecydowanie nie podobały jej się brudne gitary. Zespół zaczął komponować bardziej słodkie i beatelsowskie piosenki o miłości, a następnie nagrał kolejną płytę – „The Red Album”, również wartą uwagi, ale już nie tak oryginalną jak debiut. Niedługo potem Index przestał istnieć.

Na koniec jeden z utworów, do posłuchania (pozycja obowiązkowa):

Dodatkowo, dla zainteresowanych zamieszczam link do wywiadu z gitarzystą Index.

mała alternatywna lista ulubionych gitarzystów

Sierpień 27, 2010

List najlepszych gitarzystów świata w historii muzyki rockowej powstało setki. Na samej górze pojawiają się w nich zawsze te same nazwiska – Jimi Hendrix, Jimmi Page, Jeff Beck, Eric Clapton, Ritchie Blackmore itd. Jest tam też dużo „wyścigowców” i technicznych „wypierdalaczy” takich jak Steve Vai czy Joe Satriani.

Ja postanowiłem zrobić małą, osobistą listę moich ulubionych gitarzystów. Kolejność jest alfabetyczna, nie jest to żaden ranking.
Muzycy na mojej liście są raczej „twórcami muzyki” niż „gitarzystami” w tym sensie, że choć rzemiosło mają w wysokim stopniu opanowane, nie epatują tym i raczej koncentrują się na pisaniu pięknej muzyki.

1. Oren Bloedow, kompozytor, wokalista, gitarzysta. Nowojorczyk znany głównie z Elysian Fields i La Mar Enfortuna. Rzadko kiedy gra rzeczy „imponujące”. Jego styl jest raczej ukierunkowany na nastrój/emocje, a brzmienie gitar zarówno elektrycznych jak i akustycznych przemawia swoim dostojeństwem i wyrafinowaniem. W jego utworach często pojawiają się nietypowe, posępne harmonie i brudne, niemal „sonicyouth’owe” dźwięki. http://www.myspace.com/orenbloedow.

2. John Fahey – amerykański prymitywista gitary. Nagrywał od końca lat 50. XX wieku. Występował solo na gitarze akustycznej granej techniką fingerstyle. Jego bardzo eklektyczny, minimalistyczny styl łączący natchniony folk, blues, bluegrass, muzykę klasyczną i swobodne, a czasem transowe medytacje zrobił na mnie wrażenie od pierwszego utworu. Absolutnie obowiązkowa pozycja. Jeden człowiek i jeden instrument. Surowe i bezkompromisowe piękno w czystej postaci.

3. Bert Jansch – szkocki muzyk folkowy/bluesowy. Znany głównie jako gitarzysta akustyczny grający techniką fingerstyle, ale także songwriter i wokalista. Od 1965 roku nagrał już przynajmniej 25 płyt. Dobry przykład jego gry to pochodzący z pierwszej płyty utwór „Angie”.

4. Raphael Rogiński. Polak, inicjator projektów Cukunft i Shofar. Gitarzysta, kompozytor, wykształcony jazzowo i klasycznie, ale grający po swojemu. Studiował też etnomuzykologię. Interpretator muzyki żydowskiej, wypracował swój własny język muzyczny. Gra również Bacha. Jakiś czas temu widziałem jego koncert solowy, i było to imponujące, mocno kontemplacyjne widowisko, podczas którego muzyk nie wypowiedział chyba ani jednego słowa do publiczności. Posłuchaj tu.

5. Wojciech Waglewski, twórca Voo Voo. Mój ulubiony polski gitarzysta, samouk. A oprócz tego kompozytor, wokalista, twórca mądrych tekstów. Brzmienia jazzowe gra z rockową energią, a do rockowych piosenek wplata jazzowe harmonie. Jak sam mówi, stara się połączyć najlepsze tradycje muzyki rockowej, jazzowej i muzyki obcych kultur. Tu w duecie z Tomaszem Stańko.

6. Vanya Zhuk. Rosjanin, którego pierwszy raz widziałem na żywo w Alchemii na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Gra głównie muzykę klezmerską/rosyjską. Niesamowicie ekspresyjny gitarzysta, grający z bardzo charakterystyczną, wschodnią ornamentacją. Założył zespół Nayekhovichi , który określa jako „Ultimate Klezmer Garage Band”. U Zhuka niemal punkowe uderzenia akordów mieszają się ze śpiewnymi wschodnimi melodiami.

czarna, mroczna muzyka

Maj 16, 2010

Dziś coś o mrocznej muzyce – rock noir. Rykarda Parasol, amerykańska wokalistka o polsko-żydowsko-szwedzkich korzeniach w ten sposób określa swój styl muzyczny. Ja widzę pewne podobieństwo i podobny sposób opisywania świata między kilkoma wykonawcami – wspomniana już Rykarda, Elysian Fields, czy Nick Cave & The Bad Seeds. Może i Cat Power, a pewnie też The Velvet Underground. Co składa się na klimat rock noir? Na pewno mroczne, posępne, mollowe melodie i długie nuty. Na pewno egzystencjalne i poetyckie teksty o złamanych sercach i mrocznych romansach. Klimat zdecydowanie nocny, knajpiany i zadymiony. Często zmysłowy, smukły i trochę łamiący się kobiecy głos w roli głównej, ale może być też męski (na przykład Nick Cave). Instrumentarium, na którym opiera się brzmienie – fortepian, gitary elektryczne i akustyczne, skrzypce. Wykonawcy często noszą się na czarno i elegancko (Rykarda Parasol gra koncerty w szpilkach i wieczorowych sukniach). Okładki płyt często zdobią kwiaty. Wolne tempa. Większość utworów to folkowo-rockowe ballady, które nie mają nic a nic wspólnego z tanim stylem a la MTV. Muzyka do słuchania w nocy lub w dni takie jak dziś – deszczowe i posępne.

Poniżej zamieszczam kilka moich faworytów z nurtu mrocznego songwritingu:

legendarny Marvin Pontiac

Marzec 25, 2009

marvinThe Legendary Marvin Pontiac – Greatest Hits (1999). Płyta wpadła mi w rękę ze trzy miesiące temu gdy przeglądałem płytotekę mojego taty. Zaintrygowała mnie okładka, zaciekawiła owa „legendarność” postaci, o której wcześniej nie słyszałem.

Jako że przed włożeniem płyty do odtwarzacza mam zwyczaj studiowania okładki,  dowiedziałem się że Marvin Pontiac zginął w wypadku samochodowym w 1977 roku podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym, a fotografie muzyka znajdujące się w książeczce zostały wykonane z ukrycia przez innego pacjenta Esmeralda State Mental Institution, niejakiego Nehpetsa Notrota. Z ukrycia, bo Pontiac podtrzymywał plemienną wiarę w to, że gdy robi się komuś zdjęcie, dusza człowieka zostaje ukradziona i przenosi się na fotografię.

Na stronie internetowej wytwórni Strange & Beautiful można zaznajomić się z biografią Marvina Pontiaca. W skrócie – urodzony w roku 1932, jeden z najbardziej „enigmatycznych geniuszy współczesnej muzyki”, syn Malijczyka i Żydówki z Nowego Jorku, do 15-go roku zycia mieszkał w Mali, potem przeniósł się do Ameryki. Nauczył się grać na harmonijce ustnej w latach młodzieńczych, pracował jako hydraulik, prawdopodobnie brał udział w napadzie na bank w 1950 roku, nie chciał nagrywac swoich płyt dopóki właściciel wytwórni nie odwiedził jego domu w Slidell. Są doniesienia, że Jackson Pollock słuchał tylko Pontiaca gdy malował swoje obrazy techniką drippingu. W roku 1970 Pontiac został, jak twierdził, porwany przez kosmitów. Po tym doświadczeniu porzucił muzykę i skupił się na kontaktach z obcymi. Aresztowany za jazdę na rowerze nago, ostatnie lata swojego życia spędził w szpitalu psychiatrycznym.

Płyta składa się z oryginalnych, unikalnych ścieżek nagranych przez Pontiaca na różnych instrumentach (między innymi harmonijka ustna, gitara, klawisze, sitar, banjo) i dogranych przez współczesnych muzyków partii. Zagadką pozostaje śpiew – nazwisko wokalisty nie zostaje wymienione w spisie biorących udział w sesji. Ale brzmi znajomo…

Cała postać Marvina Pontiaca okazała się, jak się dowiedziałem szperając w sieci, kreacją artystyczną twórcy płyty – Johna Lurie (załozyciela The Lounge Lizards,  wytwórni Strange & Beautiful, saksofonisty, aktora znanego z filmów Jarmuscha, malarza).

A więc już wiadomo kto śpiewa (albo czasem – mówi). Pod względem muzycznym płyta waha się od hipnotycznego bluesa, czasem przypominającego malijską wersję tej muzyki w wykonaniu Ali Farka Toure, do klimatów w stylu Talking Heads. Najbardziej jednak słychać brzmienia a la Lounge Lizards (może w trochę mniej jazzowo-awangardowej a bardziej rockowo-awangardowej wersji) – w końcu sam John Lurie stworzył tę płytę. Są momenty oniryczne, jak „Small Car”, drugi utwór na płycie, gdzie do pulsującego i repetytywnego podkładu Lurie recytuje swój tekst.

Słuchanie tej płyty to prawdziwa muzyczna podróż przez różne kierunki, style, jakby skondensowane w jednej, magicznej postaci Marvina Pontiaca. Z jednej strony jest to płyta nowoczesna, na zasadzie oryginalnego łączenia elementów składowych, a z drugiej czuć w każdej sekundzie korzenie muzyki pod postacią starego ludowego bluesa. Płytę zdecydowanie polecam, bo ciężko sie od niej oderwać.

Limbo

Marzec 25, 2009

Zespół poznałem kilka miesięcy temu, po tym jak znalazłem się na solowym występie Michała Augustyniaka (lidera Limbo) w krakowskim Lokatorze. Muzyka nieprzeciętna pod każdym względem. I łatwa i trudna – pozwala się nią cieszyć zarówno odbiorcy niewyedukowanemu muzycznie jak i wyedukowanemu. Oprócz świetnych kompozycji, na koncertach można podziwiać sprawność instrumentalną, warsztat zespołu. A dziewczyny mogą patrzeć na ładnych muzyków – dla każdego coś miłego. Limbo wykonuje piosenki po polsku, plasujące się gdzieś pomiędzy bluesowymi opowieściami, poezją śpiewaną, piosenką autorską. Muzyka jest prosta, ale zagrana z kunsztem – na gitarze, harmonijce ustnej, kontrabasie i bębnach. Tematem tekstów sa popularne motywy, takie jak: dusza, kochanki, miłość, życie. W repertuarze zespołu znajdują się także stare utwory bluesowe np. Roberta Johnsona, jednak są to wyraźnie autorskie interpretacje, jak choćby „If I had possesion over judgement day”.  Mało jest takich oryginalnych i charakterystycznych zespołów grających muzykę popularną w Polsce. I o Limbo powinni się dowiedzieć ci, którzy jeszcze o nich nie słyszeli.

http://www.limbo.com.pl/ – ze strony zespołu można ściągnąć kilka piosenek, a potem kupić debiutancką płytę.  Można też chodzić tłumnie na koncerty, bo zespół dosyć często koncertuje w nie tylko krakowskich knajpach.