Jeśli „Canned Heat” mnie nie zabije, to nigdy nie umrę.

Styczeń 2, 2011


W czasach prohibicji w Stanach Zjednoczonych, gdy alkohol z przemytu był drogi, byli tacy, którzy radząc sobie spożywali „Canned Heat” – paliwo do kuchenek gazowych, odpowiednik naszego denaturatu.
„Canned Heat Blues” to utwór napisany przez bluesmana Tommy’ego Johnsona, który niestety już w wieku 20-kilku lat był uzależniony od alkoholu.

Crying mama mama mama crying canned heat killing me
B’lieve to my soul Lord it gonna kill me dead.

Canned heat don’t kill me, crying, babe, I’ll never die.

Wykonanie oryginalne Tommy’ego Johnsona z 1928 roku:

Romek Puchowski opowiada o utworze podczas jego wykonywania:

Reklamy

mała alternatywna lista ulubionych gitarzystów

Sierpień 27, 2010

List najlepszych gitarzystów świata w historii muzyki rockowej powstało setki. Na samej górze pojawiają się w nich zawsze te same nazwiska – Jimi Hendrix, Jimmi Page, Jeff Beck, Eric Clapton, Ritchie Blackmore itd. Jest tam też dużo „wyścigowców” i technicznych „wypierdalaczy” takich jak Steve Vai czy Joe Satriani.

Ja postanowiłem zrobić małą, osobistą listę moich ulubionych gitarzystów. Kolejność jest alfabetyczna, nie jest to żaden ranking.
Muzycy na mojej liście są raczej „twórcami muzyki” niż „gitarzystami” w tym sensie, że choć rzemiosło mają w wysokim stopniu opanowane, nie epatują tym i raczej koncentrują się na pisaniu pięknej muzyki.

1. Oren Bloedow, kompozytor, wokalista, gitarzysta. Nowojorczyk znany głównie z Elysian Fields i La Mar Enfortuna. Rzadko kiedy gra rzeczy „imponujące”. Jego styl jest raczej ukierunkowany na nastrój/emocje, a brzmienie gitar zarówno elektrycznych jak i akustycznych przemawia swoim dostojeństwem i wyrafinowaniem. W jego utworach często pojawiają się nietypowe, posępne harmonie i brudne, niemal „sonicyouth’owe” dźwięki. http://www.myspace.com/orenbloedow.

2. John Fahey – amerykański prymitywista gitary. Nagrywał od końca lat 50. XX wieku. Występował solo na gitarze akustycznej granej techniką fingerstyle. Jego bardzo eklektyczny, minimalistyczny styl łączący natchniony folk, blues, bluegrass, muzykę klasyczną i swobodne, a czasem transowe medytacje zrobił na mnie wrażenie od pierwszego utworu. Absolutnie obowiązkowa pozycja. Jeden człowiek i jeden instrument. Surowe i bezkompromisowe piękno w czystej postaci.

3. Bert Jansch – szkocki muzyk folkowy/bluesowy. Znany głównie jako gitarzysta akustyczny grający techniką fingerstyle, ale także songwriter i wokalista. Od 1965 roku nagrał już przynajmniej 25 płyt. Dobry przykład jego gry to pochodzący z pierwszej płyty utwór „Angie”.

4. Raphael Rogiński. Polak, inicjator projektów Cukunft i Shofar. Gitarzysta, kompozytor, wykształcony jazzowo i klasycznie, ale grający po swojemu. Studiował też etnomuzykologię. Interpretator muzyki żydowskiej, wypracował swój własny język muzyczny. Gra również Bacha. Jakiś czas temu widziałem jego koncert solowy, i było to imponujące, mocno kontemplacyjne widowisko, podczas którego muzyk nie wypowiedział chyba ani jednego słowa do publiczności. Posłuchaj tu.

5. Wojciech Waglewski, twórca Voo Voo. Mój ulubiony polski gitarzysta, samouk. A oprócz tego kompozytor, wokalista, twórca mądrych tekstów. Brzmienia jazzowe gra z rockową energią, a do rockowych piosenek wplata jazzowe harmonie. Jak sam mówi, stara się połączyć najlepsze tradycje muzyki rockowej, jazzowej i muzyki obcych kultur. Tu w duecie z Tomaszem Stańko.

6. Vanya Zhuk. Rosjanin, którego pierwszy raz widziałem na żywo w Alchemii na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Gra głównie muzykę klezmerską/rosyjską. Niesamowicie ekspresyjny gitarzysta, grający z bardzo charakterystyczną, wschodnią ornamentacją. Założył zespół Nayekhovichi , który określa jako „Ultimate Klezmer Garage Band”. U Zhuka niemal punkowe uderzenia akordów mieszają się ze śpiewnymi wschodnimi melodiami.

O tym, co można robić w perfekcyjny dzień…

Czerwiec 15, 2010

…śpiewał Lou Reed. Przepiękną piosenkę „Perfect day” nowojorski rockman (który nie potrafił śpiewać ale robił to wspaniale) napisał w 1972 roku. Znalazła się ona na jego drugiej solowej płycie (po okresie działalności w The Velvet Underground) – „Transformer”.

Piosenka ma niesamowicie proste słowa. W tej prostocie tkwi cała siła jej wyrazu. W perfekcyjny dzień według Lou Reed’a po pierwsze pije się słodkie wino Sangria w parku, z kobietą u boku (nawiasem mówiąc wersja nie do zrealizowania na krakowskich plantach bez obawiania się o mandat), a gdy się ściemni można iść do domu. Można tez odwiedzić Zoo i karmić zwierzęta (wersja również nie do zrealizowania w krakowskim Zoo na Woli Justowskiej). Na pewno trzeba obejrzeć film wieczorem. I do domu.

Oh it’s such a perfect day,
I’m glad I spent it with you.
Oh such a perfect day,
You just keep me hanging on,
You just keep me hanging on.

Wszystkie problemy znikają w perfekcyjny dzień, a bohater tekstu piosenki zapomina o tym kim jest, myśląc że jest kimś lepszym, kimś dobrym – oczywiście – piosenka ma drugie dno. Jeden z internautów tak skomentował jej przesłanie w serwisie youtube:

This song is so utterly depressive. Masterfully used on Transpotting. I guess you need to have been there to understand. But the hints are all around. „You just keep me hanging on” i.e. you are one of the little reasons I pick not to kill myself „I Thought I Was Someone Else, Someone Good.” i.e. thanks for helping me forget for a second the shitty human thing I am.

Wersja oryginalna z albumu „Transformer”:

Wersja na żywo w duecie wokalnym z Elvisem Costello:

Jeszcze inne wykonanie Lou Reeda na żywo (gdzie zmienione zostały nieco słowa piosenki):

3 piosenki o alkoholu

Czerwiec 15, 2010

Alkohol to świetny temat na piosenkę. Jedną z nich zwykł śpiewać słynny irlandzki wirtuoz gitary i wokalista, autor muzyki i tekstów Rory Gallagher (1948 – 1995).
„Too much alcohol” to porywający blues, który opowiada historię człowieka, który poszedł na 31 ulicę po dzban alkoholu. Poprosił cżłowieka, który mu go dawał, aby ten wlał tam trochę wody, lecz on nie zrobił tego. Bohater piosenki pił więc ten „czysty alkohol” („straight alcy”) i poszedł dalej spacerować ulicą. Jego oczy zrobiły się ciężkie i prawie zasnął. W dalszej części utworu Rory wylicza: 91, 92, 93 i tak do 100% alkoholu, który podaje mu barman. „I said make it one hundred per cent and I won’t feel no pain at all”.

Kolejna piosenka pochodzi z repertuaru amerykańskiego zespołu punkowego Dead Kennedys, który działał w latach 1978 – 1986, a nastepnie został reaktywowany w 2001 roku.
„Too drunk to fuck” – tytuł mówi sam za siebie. Ostry tekst opowiada o przygodach uczestnika alkoholowej imprezy, który tańczył całą noc, wypił 16 piw i zaczął bójkę. Po tych wszystkich przygodach był już niestety zbyt pijany aby uprawiać seks z dziewczyną (którą pewnie przypadkowo poznał na opisywanej imprezie). Jego „jedynym zbawieniem” może być tylko to, że nigdy już jej nie zobaczy.
Gdy ukazał się singiel z „Too drunk to fuck” wiele sklepów muzycznych odmawiało jego dystrybucji. Warto też wspomnieć o świetnym coverze tego utworu nagranym przez francuską grupę Nouvelle Vague (dla odmiany ze zmysłowym kobiecym wokalem) – tutaj.

Trzeci utwór, tym razem w języku polskim, napisał Wojtek Waglewski. „Papierosy i gin” zespołu Voo Voo, które oryginalnie ukazały się na płycie „Łobi Jabi” w 1993 roku, mówią o nocnym spleenie towarzyszącym zażywaniu wymienionych w tytule używek. Jednak jest w tym utworze akcent optymistyczny – „I tak dość smutno mi, to wszystko przez noc, to wszystko przez gin. Ale to nic, bo Bóg sprawi, że w postaci twej duch odwiedzi mój sen”. Poniżej wersja z koncertu w Kazimierzu Dolnym, z 1995 roku.

czarna, mroczna muzyka

Maj 16, 2010

Dziś coś o mrocznej muzyce – rock noir. Rykarda Parasol, amerykańska wokalistka o polsko-żydowsko-szwedzkich korzeniach w ten sposób określa swój styl muzyczny. Ja widzę pewne podobieństwo i podobny sposób opisywania świata między kilkoma wykonawcami – wspomniana już Rykarda, Elysian Fields, czy Nick Cave & The Bad Seeds. Może i Cat Power, a pewnie też The Velvet Underground. Co składa się na klimat rock noir? Na pewno mroczne, posępne, mollowe melodie i długie nuty. Na pewno egzystencjalne i poetyckie teksty o złamanych sercach i mrocznych romansach. Klimat zdecydowanie nocny, knajpiany i zadymiony. Często zmysłowy, smukły i trochę łamiący się kobiecy głos w roli głównej, ale może być też męski (na przykład Nick Cave). Instrumentarium, na którym opiera się brzmienie – fortepian, gitary elektryczne i akustyczne, skrzypce. Wykonawcy często noszą się na czarno i elegancko (Rykarda Parasol gra koncerty w szpilkach i wieczorowych sukniach). Okładki płyt często zdobią kwiaty. Wolne tempa. Większość utworów to folkowo-rockowe ballady, które nie mają nic a nic wspólnego z tanim stylem a la MTV. Muzyka do słuchania w nocy lub w dni takie jak dziś – deszczowe i posępne.

Poniżej zamieszczam kilka moich faworytów z nurtu mrocznego songwritingu:

Tango samobójców

Kwiecień 30, 2010

Napiszę dziś kilka słów, po długiej przerwie w ruchu na blogu, o przedwojennym szlagierze. Chodzi o „Tango samobójców”, nostalgiczny utwór napisany przez Jerzego Petersburskiego w 1936 roku. Prawdziwy tytuł tego utworu brzmi jednak „To ostatnia niedziela”. Słowa, wyrażające ostatnie życzenie mężczyzny, skierowane do kobiety gdy ona opuszcza go dla kogoś innego, napisał Zenon Friedwald. Istnieje wiele wersji tego utworu, najbardziej klasyczną pozostaje chyba jednak przedwojenne wykonanie Mieczysława Fogga:

Jednym z tych wykonań, które utkwiły mi głęboko w pamięci (chociaż niestety nie słyszałem go na żywo, a tylko w youtube), jest wersja nowojorskiego zespołu La Mar Enfortuna z koncertu w krakowskiej Synagodze Tempel, który odbył się w ramach Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie w 2008 roku:

W tytule klipu jest błąd – utwór nazywa się „To…” a nie „Ta ostatnia niedziela”.
W filmie „Trzy kolory. Biały” Krzysztofa Kieślowskiego, w scenie w metrze, główny bohater, Karol, gra „Ostatnią niedzielę” na grzebieniu, próbując zarobić na bilet powrotny do Polski:

Na koniec odsyłam także do wpisu na blogu o muzyce rosyjskiej, gdzie można poczytać trochę więcej o radzieckiej wersji tego utworu.

Muzyka Komedy

Sierpień 10, 2009

kom9Dziś wpis z cyklu „arcydzieła”. Od czasu do czasu słuchając muzyki mam bowiem odczucie, że w tych kilku minutach dźwięków zawiera się całość ludzkiego doświadczenia czy dramatu. Słuchaniu arcydzieł towarzyszą silne odczucia metafizyczne i doświadczenie czystego piękna, natury rzeczy.

Tak dzieje się słuchając muzyki Krzysztofa Komedy (1931-1969). Twórczość tego prekursora współczesnego jazzu w Polsce to unikalne połączenie nowoczesnej, awangardowej, jazzowej motoryki z najwyższej półki i słowiańskiego liryzmu, ducha. Dźwięki płyną, odnosi się wrażenie że brzmią same, bez obecności muzyków. Muzyka Komedy jest zimna i nieobecna, ale pełna uczuć zarazem. Jest precyzyjna i w większości nieimprowizowana.

Za przykład posłuży mi jeden tylko utwór (bo ma być przecież o kwintesencji), który uważam osobiście za jeden z najwybitniejszych.

Tutaj można go posłuchać. Nosi tytuł „Po katastrofie”.

Formalnie, ma w sobie wszystkie flagowe cechy twórczości Komedy – pierwszeństwo budowania nastroju nad technicznymi popisami, repetytywność, użycie niewielu dźwięków do budowy tematów, unisonowe partie dęte, częste użycie skal modalnych, rytmiczne podziały trójkowe, zmiany rytmu w obrębie utworu.

A emocjonalnie, również – jest to świetna egzemplifikacja wrażliwości tego wybitnego kompozytora i pianisty.

o ludzkiej naturze

Czerwiec 26, 2009

michael jacksonW związku ze śmiercią Michaela Jacksona (1958-2009) przyszło mi do głowy napisać o wersji piosenki „Human Nature” w wykonaniu Milesa Davisa (1926 – 1991). Przy okazji niech ten post będzie takim „tribute” dla Króla Popu.

Piosenka „Human Nature” znalazła się na szóstym solowym albumie Jacksona, „Thriller”, wydanym w 1982 roku. Skomponowana przez Steve’a Porcaro i Johna Bettisa, jako ostatnia weszła na listę piosenek na płycie, wygrywając z „Carousel”, która ostatecznie nie znalazła się na albumie. Utwór jest zachowany w stylistyce miękkiego, balladowego R’n’B. Osiągnął spory sukces komercyjny – znalazł się na 7 miejscu listy Billboardu.

miles_davis_1W 1985 roku Miles Davis wydał album „You Are Under Arrest”, na którym zawarł swoją, instrumentalną interpretację utworu Jacksona. Grał również ten utwór na żywo, co można usłyszeć na składance koncertowej „Live Around The World” (wydana w 1996 r.). Miles generalnie bardzo często był krytykowany za wchodzenie w jazzowe kolaboracje z muzyką rockową w latach 80., a co dopiero z popem! Konserwatywni jazzmani nie byli w stanie zaakceptować takiej stylistyki.

Tak więc wielki M.J. kontra wielki M.D. :

piosenka o niebie

Czerwiec 17, 2009

Talking+Heads++1O niebie powstało masę tekstów, obrazów, dźwięków i innych wizji. Ale propozycja Talking Heads jest dosyć oryginalna na tle reszty.

Utwór „Heaven” zadebiutował na płycie „Fear of Music” wydanej przez amerykański zespół w 1979 roku.

W wizji Davida Byrne’a tytułowe niebo jest barem, do którego wszyscy chcą się dostać. W knajpie ulubiony zespół Byrne’a gra w kółko tę samą piosenkę, przez całą noc.

„Niebo to miejsce gdzie nigdy nic się nie dzieje” – tak brzmi refren. W drugiej zwrotce padają natomiast słowa: „Ciężko sobie wyobrazić że takie ‚zupełnie nic’ może być tak ekscytujące i fajne”. Niebo jest więc w wersji Gadających Głów bezcelowym i absurdalnym procesem powtarzającym się bez końca.

Wersja akustyczna, z koncertu „Stop Making Sense” z 1984 roku:

Kolonia: koncert, który prawie się nie odbył

Czerwiec 16, 2009

jarrett9Mowa będzie o absolutnej klasyce, wybitnym dziele, rzeczy powszechnie znanej słuchaczom szeroko pojętej muzyki jazzowej i improwizowanej: koncercie solowym Keitha Jarretta z Kolonii, z 1975 roku. Jarrett (ur. 1945) jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pianistów jazzowych, a omawiany koncert został zarejestrowany w Operze Kolońskiej. Co ciekawe, było to pierwsze w historii wykonanie muzyki „nieklasycznej” w tej instytucji. „The Köln Concert” jest jednym z najlepiej sprzedających się nagrań w historii jazzu i najlepiej sprzedającą się płytą zawierającą koncert solowy (3,5 miliona sprzedanych egzemplarzy).

Koloński koncert o mały włos się nie odbył – Jarrett spóźnił się, przyszedł do opery głodny i niewyspany, na dodatek fortepian zamówiony przez niego nie przyjechał na czas. Keith odmówił początkowo grania na źle brzmiącym według niego instrumencie, który dostał w zastępstwie. Skrajne, najniższe i najwyższe rejestry brzmiały słabo. W ostatniej chwili zgodził się jednak zagrać. Być może ułomności fortepianu wpłynęły na styl i estetyczne wybory, jakich dokonał podczas swojej gry, która tego wieczora trwała ponad 66 minut.

Koncert początkowo nie miał być w ogóle nagrywany, jednak później zdecydowano ustawić mikrofony i zarejestrować go, choćby na użytek archiwum opery.

I tak powstało dzieło wybitne, magiczne, wyjątkowe, którego nie sposób określić słowami. Będące od początku do końca pełną improwizacją, w czterach częściach, nie posiadających tytułów. Ścieżki są jedynie oznaczone dla potrzeb wydawnictwa jako: „Part I”, „Part II A”, „Part II B” oraz „Part II C” (ostatnia część jest bisem).

Nie będę zagłębiał się w stronę formalną utworów,  bo robiono to już wiele razy. Wspomnę tylko, że muzyka na tym albumie pod względem harmonii polega na improwizowaniu na bazie dwóch lub nawet jednego akordu czy riffów powtarzanych i zapętlanych przez dłuższy czas. Tworzy to repetytywny i transowy puls, który jest bazą do poszukujących improwizacji na jego tle. Przez cały czas Jarrett intensywnie operuje dynamiką, czasem grając powoli, rubato, a czasem osiągając zapętlone, donośne momenty kulminacyjne.

Pod względem gatunkowym można tu znaleźć dosłownie wszystko. To nie jest wcale płyta tylko „jazzowa”. W zasadzie nie da się określić stylu.  Wspomniana „riffowość” powoduje skojarzenia z bluesem, rockiem, gospel. Całość jest liryczna, transowa, muzyka ma uduchowiony nastrój.

Pierwsze i kolejne 10 minut koncertu (resztę również można znaleźć na youtubie). Posłuchajcie: